Podczas gdy zachodni liderzy przepraszają za luksusowe zakupy lub walczą o przetrwanie w deszczu, Sławomir Mentzen i Isabel Díaz Ayuso wybierają inną drogę: instytucjonalizację władzy absolutnej, która nie wymaga przeprosin.

Architekci nowej dyscypliny. Polityka europejska pękła w ten weekend na dwie nierówne części. Z jednej strony obserwujemy liderów walczących o tlen w oparach wizerunkowych wpadek, z drugiej – politycznych architektów, którzy w ciszy gabinetów przebudowują fundamenty swoich partii na modłę autorytarną. Sławomir Mentzen, lider polskiej prawicy wolnorynkowej, nie traci czasu na kurtuazję. Fuzja jego ugrupowania Nowa Nadzieja z partią o znamiennej nazwie Imperium Kontratakuje stała się pretekstem do wprowadzenia statutu, który w demokratycznych warunkach brzmi jak anomalia. Dokument ten przyznaje prezesowi prawo do jednoosobowego przyjmowania członków z pominięciem procedur oraz – co kluczowe – do ich natychmiastowego wykluczania bez prawa odwołania.

Decyzje te, jak donosi „Rzeczpospolita”, wchodzą w życie z dniem wydania. Nie ma tu miejsca na sąd partyjny, debatę czy konwenanse. Jest to bezpośrednia reakcja na błędy administracyjne z marca 2025 roku, kiedy to niezłożenie sprawozdania finansowego skutkowało wykreśleniem partii z rejestru w listopadzie. Mentzen, stojąc nad przepaścią delegalizacji, wybrał ucieczkę do przodu: stworzył strukturę, w której on sam jest prawem, sędzią i katem. To poziom kontroli, którego – jak zauważają analitycy – nie posiadają nawet Jarosław Kaczyński czy Donald Tusk.

Podobny mechanizm, choć w innej scenografii, uruchomiła w Madrycie Isabel Díaz Ayuso. Prezydent regionu przeprowadziła błyskawiczną „reorganizację”, która w praktyce oznacza polityczną egzekucję jej wewnętrznych oponentów. Dymisja ministra edukacji Emilio Viciany oraz usunięcie grupy zwanej „Los Pocholos” to sygnał, że lojalność stała się jedyną walutą w Partii Ludowej (PP). Ayuso, podobnie jak Mentzen, nie bawi się w negocjacje. Wzmacnia „projekt”, obsadzając kluczowe stanowiska w Zgromadzeniu Madryckim ludźmi takimi jak Alfonso Serrano, którzy gwarantują ciszę w szeregach.

„No es una crisis, sino una reorganización para fortalecer el proyecto que los madrileños eligieron por mayoría.” (To nie jest kryzys, lecz reorganizacja mająca na celu wzmocnienie projektu, który madrytczycy wybrali większością głosów.) — Isabel Díaz Ayuso

Mechanizm jest tożsamy: w obliczu zagrożenia (czy to prawnego w Polsce, czy frakcyjnego w Hiszpanii), liderzy prawicy decydują się na „opcję atomową”. Eliminują bezpieczniki, usuwają hamulce i centralizują władzę do poziomu, który uniemożliwia jakąkolwiek wewnętrzną korektę kursu. Teatr bezsilności i francuski pasztet. Na antypodach tego cynicznego pragmatyzmu widzimy polityków, którzy potknęli się o własne nogi. W Niemczech Andreas Stoch, czołowy kandydat SPD w Badenii-Wirtembergii, stał się twarzą wizerunkowej katastrofy. Wizyta w banku żywności Tafel w miejscowości Bühl, po której nastąpiła dyskusja o zakupie wykwintnego pasztetu we Francji, obnażyła pęknięcie między elitą a elektoratem.

Kamera uchwyciła moment, w którym socjaldemokrata instruuje kierowcę, by kupił specjały, których jakość w Niemczech jest „niewystarczająca”. To scena jak z satyry, ale jej skutki są realne na kilka dni przed wyborami zaplanowanymi na 8 marca. Stoch musiał publicznie kajać się na spotkaniu z „Badische Neueste Nachrichten”, tłumacząc, że chodziło o pasztet z wątróbki (Leberwurst), a nie luksusową kaczkę. Jego słowa brzmią jednak jak desperacka obrona.

„Ich bin da in einen Fettnapf marschiert” (Wmaszerowałem tam wprost w pułapkę/wpadkę.) — Andreas Stoch

W Wielkiej Brytanii premier Keir Starmer również walczy z żywiołem, dosłownie i w przenośni. Jego osobiste zaangażowanie w kampanię uzupełniającą w okręgach Gorton i Denton w Manchesterze to akt desperacji. Premier rządu Jej Królewskiej Mości rzadko brodzi w deszczu, walcząc o głosy w lokalnych wyborach, chyba że grunt pali mu się pod nogami. Zagrożenie jest podwójne: z lewej strony Partia Zielonych, z prawej Reform UK pod wodzą Nigela Farage'a.

Agencja Reuters donosi wprost: poparcie dla Partii Pracy „wyparowuje” w ich historycznej twierdzy. Starmer, w przeciwieństwie do Mentzena czy Ayuso, nie może zmienić statutu, by usunąć konkurencję. Musi żebrać o głosy w dzielnicach Longsight i Levenshulme, wiedząc, że porażka w czwartek może zachwiać jego gabinetem. To obraz słabości systemu, który wymaga od lidera ciągłego potwierdzania legitymizacji, podczas gdy jego koledzy z kontynentu po prostu dekretują swoją pozycję. Państwo wchodzi w rolę trolla. Gdy politycy nie mogą kontrolować własnych partii ani wyborców, sięgają po narzędzia inwigilacji. Rząd federalny Niemiec, reprezentowany przez minister Nancy Faeser, oficjalnie usankcjonował tworzenie przez Federalny Urząd Ochrony Konstytucji (BfV) fałszywych kont w mediach społecznościowych. Służby podszywają się pod obywateli, by infiltrować grupy ekstremistyczne.

Posłanka Martina Renner z Die Linke słusznie zauważa, że podważa to zaufanie do przestrzeni cyfrowej. Państwo staje się aktorem, który kłamie systemowo, by bronić „prawdy”. To paradoks współczesnej demokracji liberalnej: w obronie przed dezinformacją (np. rosyjską), sama sięga po metody dezinformacyjne. Rząd twierdzi, że to „niezbędne narzędzie”, ale brak danych o skali operacji – liczbie kont czy budżecie – każe sądzić, że mamy do czynienia z szarą strefą państwowej aktywności.

Praktyki te wpisują się w szerszy trend obserwowany od 2013 roku, kiedy to rewelacje Edwarda Snowdena ujawniły skalę inwigilacji NSA. Wówczas Europa, w tym Niemcy, wyrażała oburzenie. Dziś, dekadę później i w obliczu wojny na Wschodzie, Berlin legalizuje metody, które niegdyś potępiał, przesuwając granicę między bezpieczeństwem a prywatnością.

Wspólnym mianownikiem tych wydarzeń jest lęk przed utratą kontroli. Sławomir Mentzen boi się utraty partii przez błędy księgowe, więc zamienia ją w monarchię absolutną. Isabel Díaz Ayuso boi się frakcyjności, więc przeprowadza czystki. Keir Starmer boi się utraty mandatu społecznego, więc osobiście interweniuje w lokalnym okręgu. A państwo niemieckie boi się radykałów, więc samo zakłada maskę w internecie.

Można by argumentować, że działania Mentzena czy Ayuso to po prostu profesjonalizacja i „uszczelnianie” struktur w trudnych czasach. Że silne przywództwo wymaga ofiar, a demokracja wewnątrzpartyjna to luksus, na który w dobie polaryzacji nikogo nie stać. Że Nigel Farage czyha na każdy błąd, więc szeregi muszą być zwarte. Jednak historia uczy, że struktury pozbawione wentyli bezpieczeństwa nie ewoluują – one pękają pod ciśnieniem.

Mentzen, eliminując procedury odwoławcze, tworzy partię, która przy pierwszym poważnym kryzysie nie będzie miała mechanizmu autokorekty. Błąd lidera stanie się błędem śmiertelnym dla całej formacji. To hazard o najwyższą stawkę, w którym „Imperium” może nie mieć szansy na żaden kontratak.

Gorton i Denton czy BfV to tylko punkty na mapie, ale łącząca je linia rysuje obraz polityki w stanie oblężenia. Liderzy nie zarządzają już nadzieją, lecz ryzykiem. I w tym zarządzaniu jedni wybierają drogę upokarzających przeprosin za pasztet, a inni drogę bezwzględnej siły, która sprawia, że nikt nie odważy się zapytać, co jedli na obiad.

Perspektywy mediów: Lewicowa perspektywa w analizowanych źródłach (The Guardian, Martina Renner) skupia się na zagrożeniu dla praw obywatelskich (inwigilacja BfV) oraz kryzysie tożsamości socjaldemokracji, która traci kontakt z bazą (Starmer, Stoch). Prawicowa perspektywa (Bloomberg, działania Mentzena) akcentuje skuteczność, konsolidację władzy i konieczność twardej walki z konkurencją polityczną, traktując procedury demokratyczne jako przeszkodę w efektywnym zarządzaniu.