Rada Bezpieczeństwa ONZ jednomyślnie rehabilituje syryjskich dżihadystów, podczas gdy amerykańska opinia publiczna odwraca się od Izraela. Ostatnie 48 godzin przyniosło systemowy wstrząs dla zachodniego paradygmatu bezpieczeństwa.

Koniec wojny z terrorem, początek ery pragmatyzmu. Decyzja, która zapadła w piątek w Nowym Jorku, przeszła przez media głównego nurtu niemal bez echa, choć fundamentalnie zmienia reguły gry na Bliskim Wschodzie. Rada Bezpieczeństwa ONZ, organ powołany do strzeżenia globalnego pokoju, jednomyślnie zagłosowała za zdjęciem sankcji z Hayat Tahrir al-Sham (HTS). Wniosek złożyła Rosja, a poparły go wszystkie mocarstwa, w tym te zachodnie. Organizacja wywodząca się bezpośrednio z Frontu al-Nusry, czyli syryjskiej filii Al-Kaidy, oficjalnie przestała być pariasem.

To nie jest biurokratyczna korekta. To przyznanie, że w prowincji Idlib, gdzie HTS sprawuje faktyczną władzę nad milionami ludzi, ideologia przegrała z administracyjną rzeczywistością. Grupa ta ewoluowała z bojówki terrorystycznej w quasi-państwowy aparat zarządzający szpitalami, sądami i podatkami. Antonio Guterres, sekretarz generalny ONZ, otrzymał mandat do ogłoszenia światu, że zakaz podróży i zamrożenie aktywów dla liderów HTS to przeszłość. Międzynarodowa społeczność uznała, że stabilizacja regionu wymaga paktu z diabłem, o ile ten diabeł potrafi utrzymać porządek na swoim terytorium.

Wojna domowa w Syrii, trwająca od 2011 roku, doprowadziła do fragmentacji kraju na strefy wpływów kontrolowane przez reżim Asada, Kurdów, Turcję oraz grupy islamistyczne. Idlib pozostaje ostatnim dużym bastionem opozycji, gdzie schroniły się miliony przesiedleńców wewnętrznych.

Rehabilitacja HTS to tryumf Realpolitik nad moralnym absolutyzmem, który dominował w dyskursie o terroryzmie od 2001 roku. Zachód, zmęczony dekadą nieskutecznych interwencji, milcząco akceptuje stan faktyczny. Decyzja ta tworzy precedens: etykieta terrorysty jest negocjowalna, jeśli podmiot zdobędzie wystarczającą kontrolę terytorialną i polityczną. Pytanie o to, czy Stany Zjednoczone dostosują swoje krajowe listy sankcyjne do decyzji ONZ, pozostaje otwarte, ale sygnał wysłany z Nowego Jorku jest czytelny: stabilność jest ważniejsza niż sprawiedliwość.Pęknięcie w transatlantyckim fundamencie. Równolegle do wydarzeń w ONZ, za oceanem dochodzi do tektonicznego przesunięcia w postrzeganiu innego kluczowego konfliktu. Instytut Gallupa opublikował dane, które dla izraelskiej dyplomacji powinny brzmieć jak alarm przeciwlotniczy. Po raz pierwszy w historii pomiarów, 41% Amerykanów deklaruje większą sympatię dla Palestyńczyków, podczas gdy poparcie dla Izraela spadło do 36%. W ciągu zaledwie roku sojusznik USA stracił dziesięć punktów procentowych poparcia społecznego.

Sympatia Amerykanów w konflikcie izraelsko-palestyńskim: Palestyńczycy: 41, Izraelczycy: 36

Zmiana ta nie jest chwilową fluktuacją, lecz skutkiem pokoleniowej wymiany elit i wyborców. W grupie wiekowej 18-34 lata sympatia dla Palestyńczyków wynosi 52%, dwukrotnie przewyższając poparcie dla Izraela (25%). Obrazy zniszczeń w Strefie Gazy, gdzie według palestyńskich źródeł zginęło ponad 72 000 osób, trwale zmieniły optykę młodych Amerykanów. Terminologia używana przez media takie jak Al Jazeera, pisząca o „ludobójstwie”, rezonuje w mediach społecznościowych silniej niż oficjalne komunikaty Białego Domu.

Partia Demokratyczna staje się zakładnikiem tego trendu. Spadek poparcia dla Izraela wśród Demokratów z 46% do 33% zmusza administrację Joe Bidena do balansowania między strategicznym sojuszem a żądaniami własnego elektoratu. „It's the first time since Gallup began asking the question that more Americans sympathize with Palestinians than Israelis.” (To pierwszy raz, odkąd Gallup zaczął zadawać to pytanie, że więcej Amerykanów sympatyzuje z Palestyńczykami niż z Izraelczykami.) — Axios Bezwarunkowe wsparcie dla Tel Awiwu, niegdyś fundament ponadpartyjnego konsensusu w Waszyngtonie, staje się politycznym obciążeniem. Izrael traci „miękką siłę” w sercu swojego najważniejszego sojusznika, co w dłuższej perspektywie może okazać się groźniejsze niż jakikolwiek atak militarny.Rozpad struktur i korporacyjny walec. Podczas gdy na arenie międzynarodowej upadają stare sojusze, na poziomie wewnętrznym państwa i organizacje tracą spójność. W Hiszpanii rząd Wspólnoty Walenckiej otwarcie wypowiedział posłuszeństwo rządowi centralnemu w Madrycie. Rzecznik Vicente Llorca odrzucił propozycję modelu finansowania premiera Pedro Sáncheza, ignorując nawet apel własnego prezydenta regionu, Vicenta Boludy. To nie jest zwykły spór budżetowy – to kryzys zaufania do państwa unitarnego.

„El Consell mantiene la firmeza en la aplicación de un modelo fiscal que garantice el bienestar y la justicia para todos los valencianos.” (Rząd utrzymuje stanowczość w stosowaniu modelu fiskalnego, który gwarantuje dobrobyt i sprawiedliwość dla wszystkich Walencji.) — Vicente Llorca

Jeszcze bardziej drastyczny przykład demontażu struktur obywatelskich płynie z Dakoty Północnej. Sędzia federalny Daniel Traynor zatwierdził wyrok nakazujący Greenpeace USA zapłatę 345 milionów dolarów na rzecz koncernu Energy Transfer. Sprawa dotyczy protestów przeciwko rurociągowi Dakota Access Pipeline. Kwota ta wielokrotnie przekracza roczny budżet organizacji i w praktyce oznacza jej likwidację. Mechanizm prawny, zinterpretowany jako walka z „kampanią oszczerstw” i ekosabotażem, został użyty do finansowego unicestwienia jednego z najgłośniejszych krytyków sektora paliwowego.

345 mln $ — kwota odszkodowania, która grozi bankructwem Greenpeace USA

Wyrok ten, określany przez aktywistów jako strategia SLAPP, pokazuje nową rzeczywistość: korporacje energetyczne zyskały narzędzia prawne do skutecznego uciszania sprzeciwu społecznego. Jeśli Greenpeace upadnie, będzie to sygnał dla każdej organizacji pozarządowej, że koszt krytyki inwestycji infrastrukturalnych może być liczony w setkach milionów dolarów.Kontrargument: Czy lokalna współpraca to ratunek?. Można by argumentować, że opisany obraz chaosu jest przesadzony, a na niższych szczeblach system wciąż działa sprawnie. Przykładem może być wizyta minister zdrowia Meklemburgii-Pomorza Przedniego, Jacqueline Drese, na Litwie. Niemiecka delegacja spotyka się w Wilnie z ministrem Arunasem Dulkysem, by rozmawiać o konkretach: telemedycynie, kadrach i transgranicznej opiece. To dowód, że pragmatyczna współpraca wewnątrz Unii Europejskiej trwa, z dala od wielkich nagłówków.

Jednak ta wizyta jest wyjątkiem potwierdzającym regułę. Sukcesy na poziomie regionalnym, takie jak współpraca Meklemburgii z Litwą, są możliwe właśnie dlatego, że omijają one sparaliżowane lub skonfliktowane centra decyzyjne. Podczas gdy Walencja blokuje Madryt, a Waszyngton traci moralny kompas, jedynie technokratyczne, niskoszczeblowe inicjatywy zachowują sprawczość. Świat nie staje się bezpieczniejszy – staje się po prostu bardziej rozdrobniony, gdzie o przetrwaniu decyduje lokalny układ, a nie globalne prawo.Perspektywa. Wchodzimy w epokę, w której „uznanie międzynarodowe” traci swoje normatywne znaczenie. Jeśli HTS może zostać partnerem ONZ, a Greenpeace może zostać zdelegalizowany przez długi, definicje „terrorysty” i „aktywisty” stają się płynne i zależne od układu sił, a nie od czynów. Spadek poparcia dla Izraela w USA sugeruje, że w nadchodzącej dekadzie parasol ochronny dla tradycyjnych sojuszników Zachodu zostanie zwinięty. Z kolei wyrok w sprawie Energy Transfer zapowiada erę, w której spory o klimat będą rozstrzygane nie na protestach, ale przez komorników zajmujących konta organizacji społecznych.

Żyjemy w czasie, gdy dżihadyści w garniturach są witani na salonach dyplomacji, a obrońcy środowiska bankrutują w sądach. Moralność w polityce międzynarodowej nigdy nie była walutą twardą, ale w tym tygodniu oficjalnie ogłoszono jej dewaluację.

Perspektywy mediów: Decyzje ONZ i sądów w USA to dowód na upadek standardów praw człowieka: legitymizuje się oprawców w Syrii, a niszczy społeczeństwo obywatelskie w Ameryce. Działania te przywracają porządek: uznają realną władzę w terenie (Syria) i pociągają do odpowiedzialności finansowej radykałów blokujących rozwój gospodarczy (USA).